poniedziałek, 18 lipca 2016

..dobre danie z piekarnika wychodzi tylko wtedy, gdy wcześniej go odpowiednio nagrzejesz..


Dzisiaj jadąc do domu, z ludźmi ogłaszającymi się na blablacarze jako przewoźnicy, stwierdziłam, że to co się teraz dzieje w moim życiu jest tymi chwilami, które warto zapamiętać. Pamięć jest ulotna, chociaż to, co teraz się ze mną dzieje jest tak cudowne, że mam wrażenie, że nigdy nie zapomnę tych pierwszych razy, tego spotkania, napięcia przed, stresu. A rozmawiając z Markiem, który wspominał czasy młodości, gdy ze swoją żoną jeździli stopem po Europie, kochali się wszędzie gdzie się dało, brali życie garściami i jakby to dzisiaj powiedzieć.. ich zasada mogłaby brzmieć mnej więcej "You Only Live Once". To dało mi kopa, żeby coś w swoim życiu zmienić, zrobić, przeanalizować, albo po prostu gdzieś zapisać.
I tak powstał czokapik. Żartuję. Narodził się pomysł z mikro pamiętnikiem, tyle, że chwle będzie on moimi wspomnieniami ale od dzisiaj zaczne pisać regularnie, a przynajmniej postaram się, gdy będzie coś, a raczej ktoś, dzięki komu będę chciała zapisać to, a raczej wystukać na klawiaturze na moim srebrnym maku. No właśnie, bo w zasadzie, to nie jest blog, w którym pisze, że wygrałam w lotto 25 mln i opisuje jak zajebiste mam życie i jak wydam te pieniądze, nie nie, to będzie, co może zdażyć się każdemu, chociaż ja z takim szczęściem spotykam się po raz pierwszy. I mam nadzieje, że będzie trwał wieki.
W październiku 2015 rozstałam się z X, burzliwy związek, ponad pięcioletni, z boku przecież idealny, tylko co z tego jak wszystkie ciosy przyjmowałam ja, to ja byłam kukiełką, którą można traktować jak gówno. Nie, oczywiście były momenty szczęścia i ogólnej euforii, ale niestety w porównaniu do tego co się działo normalnie, to nie jest wyrównana walka. No właśnie – walka. Po co komu taki związek? Ja starałam się, wierzyłam, że on jest idealny. Chociaż nie, ja po prostu wiedziałam, że to ja jestem marna, a on mnie podtrzymuje i jest tak dobry, że marnuje ze mną swój czas. Nawet nie wiecie, jak bardzo miałam zszarganą opinię o sobie, jak bardzo byłam zakompleksioną i zrozpaczoną dziewczyną.
Po ostatecznym zerwaniu kontaktu z X (od września do grudnia to było ciągłe błaganie o powrót. Nawet po moim stanowczym nie, powiedział, żebym z nim była z żalu, bo on biedny, studiuje, nie ma znajomych i do tego pare lat temu miał wypadek, który znowu go prześladuje…nie popełnia się tych samych błędów, a wtedy to już Twój wybór)  chciałam się wyszaleć.
Przez okres pięciu lat w zasadzie nigdzie nie wychodziłam z domu, ciągle on, ciągła kontrola, siedzenie w czterech ścianach i obserwowanie kto i co zrobi za ruch. Nawet idąc na trening, do klubu, poganiał mnie i w zasadzie często treningu nie miałam.
Kłótnia, zazdrość, bo do koleżanek jest ekstra fajnym gościem, a mnie ma za idiotke. Nawet seks, który jeśli był to był dosłownie książkowo nudny, nie pobudzał naszego partnerstwa. Coś jak: „ja mam ochotę, więc tu przyjdź, rozłóż nogi, pięć minut i gotowe”. Brzmi jak przepis na nieudane ciasto. A jak ktoś kiedyś powiedział „że dobre danie z piekarnika wychodzi tylko wtedy, gdy wcześniej go odpowiednio nagrzejesz”. Ja uważałam się za taką kiepską dziewczynę, że nie powiedziałam mu, że do cholery robi to źle. Przecież pan perfekcyjny nie mógł usłyszeć takich słów od takiej dziewczyny. (sic!)
Cholera, ja nawet stawiałam się w jego obronie, żeby moi znajomi myśleli, ze to ja jestem nudziarą i ogólnie kiepską kumpelą, a tak naprawdę to on wszystko komplikował.
Nieważne. 
To był szalony okres w moim życiu. Ciągle imprezy. Ale takie całkiem ostre, serio.
Było fajnie, znowu poczułam, że mam znajomych na których mogę polegać – i tu nie chodzi tylko o imprezy, nagle po rozstaniu zapragnęłam, żeby wróciła tamta dziewczyna sprzed związku. Ta, która ciągle była w towarzystwie innych i lubiła to, pełna energii i pozytywna. I tutaj kwestia zastanowienia się dla mnie – czy bycie w związku tak naprawdę ogranicza? 
Po co to komu? Znajdujesz sobie faceta i co? Odlatujesz. Fakt, miłość, motylki w brzuchu, fascynacja drugą osobą, ale cholera, zamykanie się na siebie to jedna z tych rzeczy, które rujnują związek. Na początek wszystko fajnie, ale po jakimś czasie przebywanie ze sobą staje się rutyną, a znajomi, których olałaś się oddalili. Niedogodzisz.
Ale na pewno po tym związku mój światopogląd na tą sprawę się zmienił. Ogólnie na sprawę związków. Byłam szczęśliwa, że mogę robić co chce, kiedy chce i z kim chce. Nikt się mnie nie czepiał, że wychodzę i wracam nad ranem, że tańczę z innymi facetami (że w ogóle coś robię!). 
Ale jak zbliżał się ktoś bliżej, chcąc związku automatycznie blokowałam się i broniłam przed nawet cieniem tego, co można nazwać związkiem. Ba, nawet był jeden dobry kumpel, od razu mu powiedziałam, że nie ma na co liczyć. Było fajnie, myślałam, że to się utrzyma, ale jednak przyjaźń damsko-męska to fikcja (chyba, że w partnerstwie, ale to inna historia).
Mineło sporo czasu od rozstania, miłosnych podbojów raczej w celu chęci pofirtowania i troche podbudowania swojego ego ;-) czasami brakowało mi tej bliskości, ale z drugiej strony związek – co to to nie. 
I tak jakoś czas mijał, spędzałam dnie na swojej pasji, na nauce, przebywaniu pośród znajomych, spełniałam się generalnie. Na jednej z imprez w moim klubie sportowym zaczęliśmy się śmiać z kumpeli, której ostatnio nie ma bo randkuje. M pół roku wcześniej też zerwała z facetem, wyjechała za granice i po powrocie stwierdziła, ze w sumie można kogoś znaleźć. W dzisiejszych czasach internet jest do tego świetnym narzędziem.
Padło na tindera. 
Madzia pospotykała się z paroma gośćmi z tego portalu, z większą ilością mogła tylko potwierdzić to, że takie aplikacje mają z góry nałożony „cel”. Ale suma summarum zaczęła spotykać się z jednym z nich i tworzą naprawdę spoko parkę.  
Jednak jej poszukiwania trwały na tyle długo, że zaniedbała klub i treningi. Więc wpadliśmy na pomysł, że założymy profil chłopaka i napiszemy do niej tak, żeby w końcu przyjechała. Ile było śmiechu, w wymyślaniu profilu „pana idealnego”. 
W domu zainstalowałam apke, zaczęłam kombinować co i jak i.. jak to blondynka nacisnęłam coś nie tak i aplikacja utworzyła mój profil. 
Ups.. Trudno się mówi, kiedyś skasuje. A skoro już tutaj jestem to czemu by się temu nie przyjrzeć, kumpela miała i mówiła, że w sumie niezła pompa z niektórych nagrzanych kolesi. A skoro siedziałam na SORze, czekając na kumpele, która się troche uszkodziła na treningu to czemu by nie ogarnąc co i jak. I klikałam w prawo, to w lewo, czasami się pośmiałam do siebie czytając opisy niektórych. Różni tam byli, od napompowanych kolesi po „kujona” studiującego matmę (żeby nie było; ja tam nic do nikogo nie mam!). Paru kolesi napisało, oczywiście niezbyt oryginalne, tu jakieś hej, tam poleciał nawet komplement, o a czasami to historyjka jakaś. No i oczywiście tona wiadomości o seks.
Zastanawiałam, czy jest sens posiadania tego shitu. 
Ale przyznaje się, podłapałam to trochę i gdy się wkręciłam w serduszkowanie i ocenianie innych, to „spotkałam” tam paru spoko kolesi – do pogadania, nawet jakieś tam wspólne tematy były. Tylko cholera, zastanawiałam się, do czego to prowadzi. Ja, która nie chce związku, ba, nie za bardzo chciałam się z nikim spotkać – no bo jak to tak? Przez internet?? Co ja jestem.. desperatka? I takie myśli krążyły po głowie. 
Gadałam z jednym, który od razu mi się spodobał, fajne zdjęcia, opis raczej mało mówiący, ale cos mnie w nim zaciekawiło. Oczywiście, dzięki bogu, napisał do mnie (no niestety, nigdy jeszcze nie napisałam do faceta pierwsza, jestem typową babą, także panowie - jeśli nie wiecie czy napisać do jakiejś dziewczyny, to piszcie!). Rozmowa się kleiła pare dni, ale tinder to kiepski komunikator, więc przenieśliśmy się na fejsa. 
Tam to już poszło z górki. Nie, nie umówiliśmy się na seks, jak większość tutaj oczekuje. Pisalismy ze sobą długo, w końcu było zaproszenie. Szybka obczajka profilu (w XXI wieku to norma, że jeśli chcesz kogoś poznać w realu, najpierw oganiasz jego wall’a..).
Powiedzmy, pan M, w końcu w jakiejś rozmowie wkręcił temat kina i jednego z lecących zaraz w nim filmu. Oboje lubiliśmy melodramaty i ogólnie nawiązała się chęć pójścia na ten właśnie film (szczerze, nie wiedziałam, czy on myśli o nas czy nie, ale trochę miałam taka nadzieje).
Przez chwile chciałam się z nim spotkać teraz, już, natychmiast, przyjechać do niego na wieczór, pogadać i posiedzieć na hamakach. 
            Obcy facet, a ja chciałam jak wariatka umówić się na pierwsze spotkanie na hamak. Czaicie? Jak powiedziałam to kumpeli to nie wiedziała, czy się załamać czy powiedzieć, że to zabrzmiało jak typowa „laska z tindera”. Dobrze, że ja z nim wyskoczyłam, bo bym może pomyślała, że M to jakiś zbok. Wtedy to on mógł tylko tak o mnie pomyśleć.
Dobra, nadal gadaliśmy – codziennie, cały dzień praktycznie na fejsie. Znacie pewnie to uczucie, w którym siedzicie i co chwile zerkacie na telefon w oczekiwaniu na znajomy dźwięk przyjścia wiadomości w Messengerze. I jak była, to uśmiech. Niby tylko dzień dobry, a brzmiało co najmniej tak, jakby napisał wiersz, jak obudził się i o mnie myślał.
            W końcu zaproponował, że się spotkamy. Po pracy w tygodniu, czyli koło 18 u mnie w mieście, przyjedzie pociągiem. Na pierwszy rzut kino. Mieliśmy obczajony film, więc no problem, może być. Umówiliśmy się na czwartkowe popołudnie, a ja miałam wrażenie, że czym bliżej tym mniej piszemy, że znowu się blokuje. Cholera, co jest?
Ludzie, ale ja się stresowałam! Pierwsza „randka” via net, czego tu się spodziewać. Rano miałam ustawiony trening interwałowy, więc z kumpelą wszystko omówiłam i uznała, że jestem głupia, przejmując się takimi rzeczami. Przecież zawsze mogę się odwrócić i powiedzieć, że „ta randka będzie krótka”. Taaaak..
             Spóźniłam się i czekał pod Makiem, szkoda tylko, że nie wiedziałam nawet gdzie to jest, bo w sumie nigdy nie byłam na nowym dworcu (taaaak, wieem, gdzie ja się wychowałam). Ku mojemu zdziwieniu M był z dziesięć razy przystojniejszy niż na zdjęciach. Pierwsze co pomyślałam, że dobrze trafiłam i nie powiem, poczułam ulgę (Ciągle dręczyła mnie wizja, że jednak może być starym dziadem, który wkręca blondyny). Przywitaliśmy się (kolejna rzecz, o której myślałam jak głupia – jak ja mam się z nim przywitać?? Ręke podać? Przecież się znamy, a rzucić się na szyje - nie), alee wyszło mega spoko i ogólnie gadka się toczyła aż po sale kinową. Film był całkiem spoko, myślałam, że będzie fajniejszy, ale ładny. (+AKTOR, którego kocham)
            Pojechaliśmy później na pokaz świetlny nad wrocławską pergolę. Gadaliśmy, o wszystkim w zasadzie. I miałam nieodparte wrażenie, że kolesia znam nie od miesiąca (i to tylko w necie) a od x lat. Pogryzły nas komary niemiłosiernie, tzn jego, mnie te gnojki nie chcą ruszać, nie wiem, może jestem już tak zepsuta (hihi )
Dobra, pociąg powrotny miał o 22:50. O 22:38 ogarneliśmy, że jest ta pora i nie zdążyliśmy na pociąg, tzn M nie zdążył. I co teraz? 
No nie zostawię biednego chłopaka samego. A, że lubię jeździć autem, to jaki to problem. I tak proponowałam mu to wcześniej, ale fakt, że to bardziej z grzeczności.. Pojechaliśmy w jego strony. I gadaliśmy, opowiadaliśmy i zwiedzalimy po ciemku starą tamę i wierze widokowe. Czułam się z Nim dobrze, nawet nie wiem jak to określić, bo w niczym się nie narzucał, nie bajerował, a urzekł mnie niesamowicie. A jego głos. No cholera! Trzymajcie mnie, bo jak usłyszałam to przepadłam, pierwsze co pomyślałam, to to, że będzie moim lektorem do końca życia (no niee, troche przesadzam ale głos ma zajebisty;))
Mineła druga, a M miał zawieść siostrę na lotnisko za 3 godziny. Czas się zbierać. Niechętnie, ale zawiozłam go pod dworzec, gdzie miał fure i nastąpiło szybkie pożegnanie. „do zobaczenia następnym razem”. Nie brzmiało to przekonywująco szczerze mówiąc. 
Jak odjeżdzałam, to byłam pewna, że to koniec. Fakt, fajnie się gadało, łaziło i ogólnie miło, ale jak zawsze musiałam sobie uroić, że to kompletnie nie miałoby sensu.
Dojeżdżanie do siebie po 140 km, na chwile, jak to tak? Nie, nie.. Po co mi było takie spotkania. No nic, fajnie było ale się skończyło. 
Nie wiecie jak bardzo byłam zaskoczona, jak napisał do mnie rano. I rozmowa się ciągnęła..

****

"Za szybko i za bardzo przywiązuję się do ludzi. Za łatwo się otwieram i zbliżam. Dostrzegam w ludziach to co dobre, zapominając, że zawsze jest to drugie oblicze."

Enjoy
v